Pogrzebani nocą

W 45. rocznicę masakry grudniowej Instytut Pamięci Narodowej Oddział w Gdańsku, Redakcja „Dziennika Bałtyckiego” i Europejskie Centrum Solidarności w Gdańsku przygotowały książkę „Pogrzebani nocą”, po raz pierwszy prezentującą historię 27 oficjalnych ofiar Grudnia’70 na Wybrzeżu Gdańskim. Są wśród nich mieszkańcy Wejherowa.

 

Zaprezentowane sylwetki poległych wówczas ludzi pokazują nam m.in. sytuację i życie w Polsce, a dokładnie w PRL, w tamtym trudnym czasie. W książce znajdziemy też wiele cennych informacji o przebiegu robotniczych protestów i tragedii, jaka się wówczas wydarzyła. Tragedii tych, co zginęli lub odnieśli ciężkie rany, tragedii ich rodzin, opłakujących zabitych mężów, synów, braci w wyjątkowo dramatycznych okolicznościach. Zaznaczony został koszmar pogrzebów, organizowanych nocą, w towarzystwie funkcjonariuszy SB i trudne do opisania wstrząsające przeżycia zrozpaczonych rodziców, żon czy dzieci.
O tym opowiada interesująca książka „Pogrzebani nocą”, w której nie zapomniano o zabitych mieszkańcach Wejherowa. Autorem ich biogramów jest mieszkaniec powiatu wejherowskiego, dokładnie Rumi, historyk z gdańskiego IPN – Robert Chrzanowski. Rozmowę z autorem zamieszczamy poniżej.                AK.

 

 

Z Robertem Chrzanowskim, współautorem książki „Pogrzebani nocą”, zajmującym się m.in. sylwetkami zabitych mieszkańców Wejherowa, rozmawia Anna Kuczmarska.

– Proszę przypomnieć, kim byli młodzi wejherowianie, którzy zginęli w grudniu 1970 roku.
– W trakcie rewolty grudniowej zginęło dwóch mieszkańców Wejherowa, Marian Wójcik i Zbigniew Nastały. Wiele ich dzieliło.
Wójcik miał 33 lata, żonę i dwuletniego syna. Pochodził z Lubelszczyzny, przyjechał tutaj za pracą, mieszkał początkowo w hotelu robotniczym, ale dzięki swojemu bratu poznał wejherowiankę, Reginę Mudlaff, ożenił się i zamieszkał w Wejherowie.
Z. Nastały miał dopiero 17 lat, pochodził z tutejszej kaszubskiej rodziny, uczył się jeszcze w Zasadniczej Szkole Zawodowej. Ale obaj byli stoczniowcami, tyle, że Wójcik pracował w Stoczni im. Komuny Paryskiej, a Nastały w Gdyńskiej Stoczni Remontowej „Nauta”. No i, co ciekawe, byli sąsiadami. Ich domy stały naprzeciw siebie, na rogu ul. Sobieskiego i Kopernika.

– Jak i gdzie zginęli?
– Obaj zostali śmiertelnie ranni tego samego dnia, w „czarny czwartek” 17 grudnia 1970 r. w rejonie przystanku SKM Gdynia-Stocznia, choć w różnym czasie i okolicznościach. O wiele więcej wiemy o śmierci Mariana Wójcika. Przyjechał rano, jak zwykle, do pracy, i znalazł się na peronie w momencie, gdy wojsko otworzyło ogień do stłoczonych tam ludzi. Próbował wydostać się z pułapki, ale kula trafiła go w plecy. Koledzy zabrali go do samochodu, który zawiózł do Szpitala Miejskiego w Gdyni na Placu Kaszubskim. Niestety, lekarzom nie udało się do uratować. Zmarł nad ranem 18 grudnia.
Natomiast na temat ostatnich godzin Zbigniewa Nastałego, jak na razie, możemy jedynie spekulować. On również jechał kolejką rano do Gdyni, ale później niż Wójcik; najprawdopodobniej w rejon stoczni już nie dotarł, ponieważ po pierwszej salwie wojska ruch pociągów został wstrzymany. Jakoś przedostał się do centrum Gdyni. Prawdopodobnie dołączył do jednego z pochodów, najpewniej tego samego, w którym uczestniczył Zbigniew Godlewski, który przeszedł do legendy jako Janek Wiśniewski. Około godziny 10.00 niedaleko wiaduktu na ówczesnej ulicy Marchlewskiego Zbigniew Nastały został trafiony kulą w czoło, Pół godziny później zmarł w Szpitalu Miejskim.
Obu władze nakazały pochować w nocy: Z. Nastałego na cmentarzu w Oliwie, M. Wójcika na Witominie.  Na przełomie lutego i marca 1971 r., na prośbę rodziny, ciała zostały przeniesione na cmentarz w Śmiechowie.

Marian Wójcik.
Marian Wójcik.

– Z jakich źródeł korzystał pan, zbierając informacje o nich?
– Przy tworzeniu książki staraliśmy się skorzystać z jak największej ilości źródeł. Podstawą były akta z Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej w Gdańsku, które obrazują skalę inwigilacji rodzin zabitych i tuszowanie zbrodni, ale także materiały Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Gdańsku, przechowywane w Archiwum Państwowym w Gdańsku, praktycznie dotąd wcale nie wykorzystywane. To z nich dowiedzieliśmy się o kulisach organizacji nocnych pogrzebów, próbach kupienia milczenia rodzin, staraniach o ekshumacje.
Dzięki uprzejmości Sądu Okręgowego w Gdańsku mogliśmy skopiować wybrane dokumenty z akt procesu o sprawstwo kierownicze masakry grudniowej. Z tych kart przywołaliśmy wspomnienia często już dawno nie żyjących świadków. Składnica Akt „Archet-Nausea” w Gdańsku, przechowująca akta osobowe pracowników zlikwidowanych zakładów, udostępniła nam akta Stoczni im. Komuny Paryskiej dotyczące Mariana Wójcika. Również muzeum w Wejherowie przesłało nam skany fotografii, które posiada w swoich zbiorach. I najważniejsze, nieocenione relacje żyjących jeszcze członków rodzin Zbigniewa Nastałego i Mariana Wójcika, którzy podzielili się z nami swoimi wspomnieniami.

Zbigniew Nastały.
Zbigniew Nastały.

– Czy miał pan trudności w dotarciu do materiałów?
– Najpoważniejszą trudnością było duże rozproszenie materiałów. Najwięcej czasu zabierało przygotowywanie pism do poszczególnych instytucji i niecierpliwe oczekiwanie na odpowiedź. Jednak wszędzie spotykaliśmy się z wielką życzliwością i pomocą ze strony pracowników urzędów i firm, do których się zwracaliśmy. Również dzięki ich zaangażowaniu udało nam się ustalić wiele faktów, które wzbogaciły opowieść o naszych bohaterach.

– O wejherowianach, którzy zginęli w Grudniu 1970 pisała już Regina Osowicka. Z pewnością w pana publikacji pojawiły się nowe, niepublikowane dotąd informacje.
– Naszym celem było przedstawienie sylwetek zabitych w Grudniu 1970 r., ukazanie ich charakteru, zainteresowań, życia rodzinnego i pracy. W trakcie zbierania materiałów okazało się, że przez minione 45 lat z różnych powodów, nie zawsze celowo, nagromadziło się na ten temat mnóstwo przeinaczeń i błędów. Np. często się podaje, że Zbigniew Nastały pracował w Stoczni im. Komuny Paryskiej i że zmarł w Szpitalu Morskim w Redłowie, podczas gdy w rzeczywistości był pracownikiem „Nauty” i zmarł w Szpitalu Miejskim na Placu Kaszubskim. Liczymy, że dzięki naszej publikacji uda się wyprostować błędy i wyjaśnić mity, jakie przez ten czas zdążyły narosnąć.
Artykuły o Nastałym i Wójciku ukazywały się już w czasach „karnawału Solidarności”, ale z biegiem czasu zostały zapomniane, toteż w niektórych miejscach przypomnieliśmy o nich. Dużo satysfakcji przyniosło opracowanie biogramu Mariana Wójcika, pochodzącego niemal z drugiego końca Polski. Ponieważ na Wybrzeżu przeżył zaledwie 5 lat, był postacią bardzo zagadkową.
Dzięki analizie dokumentów i rozmowom z jego bliskimi, udało się – mam nadzieję – pokazać, w jak ciężkich warunkach tutaj żył, ale nie tracił nadziei na poprawę swojego losu i swojej rodziny. Ale wszystkie jego marzenia zniszczyła bezwzględnie komunistyczna władza w grudniu 1970 r.
– Dziękuję za rozmowę.

Spotkania z autorami
W minionych dniach odbyła się promocja nowego wydawnictwa w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku oraz w  Muzeum Miasta Gdyni. O książce opowiadali jej autorzy: Piotr Brzeziński (historyk gdańskiego oddziału IPN), Robert Chrzanowski (historyk, archiwista gdańskiego oddziału IPN) i Tomasz Słomczyński (dziennikarz).
A może w Wejherowie doczekamy się takiego spotkania, w bibliotece albo w muzeum? Na pewno byłoby ciekawe.

Zostaw komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.