Najwięcej satysfakcji daje mi święty spokój
Rozmowa z Krzysztofem Szkurłatowskim – poetą, prozaikiem i fotografem, laureatem wejherowskiego konkursu literackiego „Powiew Weny” oraz kilkunastu innych konkursów literackich w całej Polsce.

– Pisze Pan opowiadania i wiersze, a liczne nagrody w konkursach literackich świadczą o Pana dużym talencie. Czy bliższa jest panu poezja czy proza? Co pan pisze częściej?
– Tak, nagród się nazbierało przez te wszystkie lata, no ale one są jedynie efektem ubocznym wypuszczania na światło dzienne z szuflad tego, co się napisało. Gdyby konkursów nie było i tak bym pisał. Oczywiście miło zyskiwać świadomość, że są ludzie, z którymi dzieli się podobną wrażliwość, doświadczenia, widzenie świata. Nie bez znaczenia jest i grosz, który czasem idzie za wyróżnieniami, zaszczytami, dyplomami. Poetom nigdy się nie przelewa. A atrament coraz droższy… Co do bliższości różnych form pisarstwa, to u mnie nie ma reguły. Raz bliższa jest mi proza, a raz poezja. Częściej jednak pisuję wiersze – są mniejsze objętościowo, siłą rzeczy ich tworzenie zajmuje mniej czasu. Moje wiersze składają się głównie z emocji. Dość szybko się je wyraża, a czasem wręcz wyrzuca się z siebie. Proza wymaga namysłu, większej dozy racjonalizmu i sporej pracy – niemało się trzeba nasiedzieć, by powstało parę stron.
– Ile tomików wierszy Pan wydał? Który jest Pana ulubionym?
– Tomików wyszło siedem, pierwszy (Pięć lat) w roku 1989, a ostatni (Pocztówki z bardzo bliska) w roku 2020. Właśnie skończyłem pracę nad kolejnym i lada moment ma trafić do wydawnictwa. Jeszcze w tym roku ma się też ukazać drugie wydanie Pięciu lat.
Zawsze najbardziej lubię swoje najnowsze książki, ale z dość nietypowego powodu – po prostu dlatego, że jeszcze dobrze pamiętam zawartość. Starsze wiersze, nawet te sprzed kilku lat, kryje już mgła postkowidowych splątań. Rzadko do nich wracam, a kiedy je przeglądam, bywa, że się dziwię – naprawdę ja to napisałem?
– Lubi Pan nie tylko pisać, ale przede wszystkim czytać książki. Podobno miłość do literatury zaczęła się od artykułów w czasopiśmie „Pszczelarz”, prenumerowanego przez dziadka? Tak było?

– Nie pamiętam czy tytuł pisma brzmiał dokładnie tak, w każdym razie z pewnością treść dotyczyła pszczelarstwa. Na jego zawartości i na tablicach z nazwami stacji kolejowych uczyłem się czytać. Dziadek nie musiał mi niczego podsuwać, po prostu nie było u nas w domu zbyt wiele rzeczy do czytania.
Nie pochodzę z rodziny inteligenckiej, dysponującej biblioteczką pełną klasyków. Pamiętam, że była u nas Biblia, jakiś poradnik domowego leczenia, encyklopedia sprzed I wojny światowej, garść książek, które zostały po Niemcach, no i te numery „Pszczelarza”. Jedyną powieścią jaka stała na półce była Szwambranja, Lwa Kassila z 1936 roku, wydana przez warszawskie Towarzystwo Wydawnicze Rój. Świetny przekład z rosyjskiego zrobiła Halina Pilichowska. Zachwyciła mnie ta książka i mam ją do dziś. Późniejsze wydanie, wypuszczone w roku 1950 przez Naszą Księgarnię, z tłumaczeniem Jana Karola Wendego, było gorsze. Z niejasnych powodów opuszczono wiele ciekawych fragmentów oryginału i usunięto ilustracje. To już nie była ta sama, moja, Szwambranja.
– Jest Pan autorem publikacji w wydawnictwach Gdańskiego Klubu Fantastyki. Czy fantastyka jest jedną z Pana ulubionych dziedzin,
a może stanowi najbardziej ulubioną tematykę?
– W dzieciństwie chciałem zostać …kosmonautą, a literatura fantastyczna to moja młodzieńcza miłość. Do końca szkoły średniej znałem na wyrywki Lema, Zajdla, Strugackich, Oramusa. Czytywałem każdy rodzaj fantastyki jaki ukazywał się po polsku. Nie było to trudne, bo za wiele książek z tego nurtu nie drukowano. Teraz trochę mi żal czasu na czytanie wszystkiego.
W którymś z niewesołych momentów życia uświadomiłem sobie, że przecież nie zdążę przeczytać nawet tych najważniejszych książek. Może nie warto rzucać się na tytuły przeciętne albo choćby i przyzwoite. Obecnie fantastykę czytuję raczej marginalnie, a pisanie ocierające się o fantastykę traktuję niemal jako zabawę słowem
i gatunkową formułą. Czasem tylko zaszywam w takich tekstach kilka zdań niosących coś więcej. Jak ktoś się ich doszuka to miło, ale jeśli nie, to łez nie ronię.
– Jedną z Pana pasji jest fotografowanie. Jest Pan właścicielem oryginalnego starego aparatu, zajmuje się Pan m.in. fotografią analogową, robiąc zdjęcia na filmach i wywołując je samodzielnie.
– Starych aparatów mam kilkadziesiąt. Są i takie sprzed I wojny światowej. Nie są jednak eksponatami – wciąż ich używam. Staram się każdym swoim aparatem fotografować przynajmniej raz na dwa lata. Żeby się żaden nie poczuł porzucony. Niekiedy różni znajomi, a nawet nieznajomi, ofiarowują mi stare aparaty fotograficzne, których wyrzucić żal, a i sprzedawać za parę gorszy w obce ręce też szkoda. Wolą oddać komuś o kim wiedzą, że o nie zadba, że będzie nimi fotografował. Jedna z ofiarodawczyń powiedziała coś, co bardzo mi się spodobało – dziadek wolałby, aby ten aparat trafił w ręce kogoś, kto będzie go kochał i nie tylko ozdobi nim półkę.
Zatem, gdyby ktoś z Czytelników „Pulsu” miał podobne odczucia wobec swoich aparatów – zapraszam do mnie. Przygarnę je wszystkie.
W fotografii analogowej, srebrowej, chemicznej, pociąga mnie namacalność jej efektów. Sensualność całego procesu. To coś innego niż drukowanie obrazu z cyfrowego pliku. Choć to oczywiście moja subiektywna opinia.
Na płycie fotograficznej, czy na arkuszu błony,
na filmie, powstaje obraz, którego można fizycznie dotknąć. Ba, powąchać nawet można! Parafrazując pułkownika Kilgore’a z Czasu apokalipsy, Francisa Forda Coppoli: uwielbiam zapach utrwalacza o świcie – cała ciemnia pachnie zwycięstwem.
– Robi Pan również zdjęcia cyfrowe, m.in. z podróży. Zapewne lubi pan podróżować…
– Robię zdjęcia cyfrowe, jak najbardziej, ale niechętnie. Najczęściej z przymusu – bo szybko potrzebny jest finalny efekt w postaci obrazka. Jeśli zleceniodawca chce dobrze zapłacić, to, choć z bólem serca, odkładam antyki i sięgam po cyfrową lustrzankę. Jednak w podróże wciąż zabieram ze sobą rolki filmu – małoobrazkowego, średnioformatowego, czasem i ładunki natychmiastowe, nadal potocznie nazywane polaroidami.
A podróże uwielbiam! Zna Pani kogoś, oczywiście prócz Immanuela Kanta, kto by nie lubił wojaży? W podróży najlepiej mi się myśli i pisze. Zwłaszcza, że moje podróżne są niezobowiązujące – zwykle bez dokładnego planu. Koncepcja zmienia się z dnia na dzień. Kierunek podróży nie jest właściwie ważny. Dobrze wędruje mi się pieszo na Żydowską Górkę koło Bolszewa, albo do Góry.
Ale też wspaniale wspominam dwie podróże po Ameryce, czy pełną wrażeń włóczęgę po Afryce. Lubię urlopowe wycieczki do zupełnie cywilizowanych, pozbawionych dreszczyku emocji, zakątków Europy. Nie potrzebuję egzotyki do szczęścia. Ważniejsze od miejsca, do którego jadę jest to, z kim to robię.
– Co Panu przynosi najwięcej satysfakcji? Czy są to nagrody w konkursach, wystawy zdjęć, a może duża liczba czytelników bloga, którego Pan pisze od ponad dziesieciu lat?
– Najwięcej satysfakcji daje mi święty spokój. Nie nagrody i wystawy, towarzyszący im zgiełk, lecz leniwe, w dobrym towarzystwie, kontemplowanie przemijania. Blog zaś jest tylko takim publicznym komunikatorem. Czasem o moim istnieniu przypomina sobie ktoś, kto się nie odzywał do mnie dwadzieścia lat i nagle pyta – stary, co tam u ciebie?! Wtedy ja odsyłam go do bloga, no bo jak streścić pół życia? Niektórym to wystarcza, inni dopytują dalej. Blog faktycznie ma wiernych czytelników, choć nie do końca rozumiem, co ich pchnęło w ten właśnie zakątek sieci i sprawiło, że wciąż tam zaglądają. Dzięki niemu z pewnością powiększyło się moje, dość skromne grono znajomych. Dla mnie ważniejszy od cyfrowego dziennika jest ten papierowy, pisany tylko dla siebie i najbliższych – zdecydowanie starszy i obszerniejszy.
– Wiem, że mieszka Pan w Wejherowie od kilkunastu lat. Od ilu dokładnie? Skąd i dlaczego trafił Pan do Wejherowa?
– Do Wejherowa trafiłem z Gdańska w poszukiwaniu niedrogiego mieszkania i spokoju. Dość już miałem wynajmowania i zgiełku wielkiego miasta. Nim przyjechałem do Wejherowa ekspedycje poszukiwawcze odbyłem do wielu innych miasteczek okołotrójmiejskich. I choć były w nich atrakcyjne oferty lokalowe, to nie czułem chemii, która by mnie połączyła z tymi miejscami. A z Wejherowem poczułem… Zamieszkałem tu latem 2004 roku.
– Czy zdążył Pan polubić nasze miasto?
– Wejherowo polubiłem od razu, od pierwszej wizyty
w tym mieście. No i niemal natychmiast poznałem tu Bognę Zubrzycką, która z czasem stała się jedną z trójki moich przyjaciół. Myślę, że wielu mieszkańców Wejherowa też ją poznało, więc nie muszę tłumaczyć jak bardzo takie osoby ubogacają każdą miejscowość, w której mieszkają.
– Czy dobrze się tu żyje i tworzy?
– W Wejherowie tworzy się bardzo dobrze. Sprzyja temu kameralność miasta, bliskość lasów, wód, różnorodność ukształtowania terenu. Co dla mnie ważne – mamy trzy biblioteki, w tym Powiatową, do której mam najbliżej. Uwielbiam odwiedzać ją by porozmawiać z pracującymi tam, niebywale miłymi, dziewczynami. Czasem wpadam na Dworcową tylko po to, by poczochrać tamtejsze koty. To zawsze poprawia mi humor.
Z niektórymi aspektami życia w Wejherowie jest gorzej. Proza życia potrafi być u nas aż za bardzo prozaiczna. Mieszkam niedaleko ogródków działkowych, a tam
w okresach niższych temperatur pali się w piecykach… nawet nie chcę wiedzieć czym. Fetor bywa u nas potworny. Doskwierają mi też dziury w wejherowskich jezdniach – jestem jednym z wielu pieszych, których tutejsi kierowcy nieustannie ochlapują kałużowym błockiem. Wciąż mi wstyd przed turystami przybywającymi do Wejherowa za wygląd naszego dworca.
Jestem kinomaniakiem, a w naszym Centrum Kultury brakuje mi rozbudowanego i ambitniejszego repertuaru filmowego. Na szczęście mamy blisko Gdyńskie Centrum Filmowe…
– Czym się Pan zajmuje zawodowo?
– Aktywności zawodowych mam sporo, ale najwięcej czasu poświęcam Metropolitalnemu Związkowi Komunikacyjnemu Zatoki Gdańskiej, w którym pracuję dla działu edukacji i promocji. Dodatkowo moje pasje przyczyniają się do zasilania budżetu domowego. Fotografowanie, nauka cyfrowej edycji obrazu, kursy pracy w analogowej ciemni, projektowanie graficzne, pisanie najróżniejszych tekstów zleconych, skład i redakcja językowa publikacji – wykonując tak różnorodne prace nie można się nudzić, a przy okazji można zarobić.
– Proszę jeszcze o kilka słów o rodzinie?
– Żadne to odkrycie, ale warto przypominać – najbliżsi są najważniejsi. Żona i syn to światła mojego życia. Bez nich z pewnością żyłoby mi się zdecydowanie trudniej i smutniej. Muszę też wspomnieć o kocim gangu, który opanował mieszkanie. Koty bywają irytujące, ale częściej przysparzają nam radości. Czasem myślę, że chciałbym być swoim własnym kotem. Ooo tak, to by było coś!
– Dziękuję za rozmowę.
Anna Kuczmarska