Poeta z Puszczy Darżlubskiej, w Kraju Bëloków

Czyż nie można popaść w uzależnienie od piękna, dobra, proporcji, smaku i miłości?

Rozmowa z Adamem Kleinem, emerytowanym nauczycielem i wieloletnim dyrektorem wejherowskiej „Piątki”, autorem wierszy i innych form literackich, wydanych w kilku książkach, niedawno obchodzącym okrągłe 70. urodziny.

 

Adam Klein (ps. literacki Dąbrowa) – nauczyciel, polonista, doktor politologii, były dyrektor Szkoły Podstawowej nr 5 oraz Zespołu Szkół nr 2 w Wejherowie, nauczyciel akademicki m.in. w Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni.
Autor kilku książek poetyckich i prozatorskich: „Ostatnie życie” 1990, „Słoneczniki zimą” 1996, „Dąbrowa” 1999, „Kaplice Świętych Gór” 1996, 1999, „Ach, jakże tu inaczej” 2003, „Lato, jak złota rękawiczka” 2015, „Poezje Wybrane” 2016. Współautor almanachów: „Poetyckie zakola Redy” i „Ziemio moja, książki poświęconej Bieszczadom:” Nostalgie bieszczadzkie”, jako współautor wraz z Henrykiem Józefczykiem i Grzegorzem Piwnickim, Wejherowo 2010.
Laureat ogólnopolskich konkursów literackich m.in. „Kandelabra” (przewodniczył Zbigniew Herbert), Milowego Słupa w Koninie, Stanisława Grochowiaka w Radomiu oraz „Gryfa Literackiego – 2016” w Wejherowie.

 

– Polonista i politolog, nauczyciel i dyrektor szkoły, wykładowca akademicki, pisarz i poeta. Która z tych ról, który zawód jest panu najbliższy?
– Moje zainteresowanie nauczaniem wywodzi się pewnie z antyku: starożytni filozofowie to przecież nauczyciele. A młodzież lubię za to, że wnosi do życia świeżość i autentyzm, umiłowanie piękna i prawdy. Nauczanie języka i literatury ojczystej to był dla mnie zaszczyt, jak twórczość poetycka, która jest tajemnicą, a z niej jako z łaski powstaje coś z niczego: nowa zupełnie jakość, nieoczekiwana i niczym niezastąpiona, do niczego nie podobna. Podobnie jest z kształtowaniem umysłu i charakteru dziecka.
Doktorat z politologii obroniłem dość późno, zachęcony przez profesorów UG: Grzegorza Piwnickiego i nieżyjącego już Andrzeja Chodubskiego. Z tym faktem wiąże się zdobycie zupełnie nowego doświadczenia pedagogicznego i naukowo-badawczego. Bardzo ciepło wspominam czas spędzony w aulach wykładowych z młodzieżą akademicką, która wiedziała (chyba – sic!) po co poświęca część swego życia na słuchanie „starego” doktora.
Co do dyrektora szkoły, to jak mówią co dowcipniejsi: dyrektorem człowiek się rodzi, bądź: dyrektor to zawód! Coś w tym chyba jest, skoro byłem nim przez… 30 lat!
Ale gdybym miał wybierać, która profesja jest mi najbliższa, to wybrałbym „zawód” poety. Bo poezja – jak mówił Wojciech Kilar (nazywając ją królową sztuk) „ jest sztuką ubogą, którą można zanotować na pudełku papierosów – zestawić trzy słowa, które rzeczywiście decydują o naszych losach”. Ponadto poezja wedle słów mojego ulubionego poety, Josifa Brodskiego „jest najdoskonalszą wersją języka, jego najwyższą formą istnienia”. Odpowiada językowi symbolicznemu, a język ten – jak mówił Erich Fromm – jest jedynym językiem uniwersalnym, identycznym dla wszystkich kultur, epok i cywilizacji”. Dodam od siebie, że na pisanie wierszy nie ma czasu w ogóle i jest zawsze, bo nie ma żadnej przerwy w ich pisaniu. I jak tu nie uprawiać tego „ zawodu”?
– Poeta jest zazwyczaj osobą wrażliwą na piękno, zwłaszcza na piękno przyrody. Fakt, że mieszka pan w otoczeniu lasu to potwierdza. Czy przyroda, a może inaczej: natura to główny temat Pana utworów? O czym Pan pisze najchętniej?
– Czyż nie można popaść w uzależnienie od piękna, dobra, proporcji, smaku i miłości? A tego dostarcza nam na co dzień natura. Nie jestem człowiekiem „miastowym”, choć bywałem w wielu. Wyniosłem się do lasu, bo tu znalazłem… samotność, którą nie należy utożsamiać z osamotnieniem; samotność bywa szczęśliwa, nawet w tłumie potrafię być samotny. Jest przy tym nieodzowna, ażeby nabrać dystansu do otoczenia, choć głównie do siebie. Tego wszystkiego uczy przyroda, bez niej bylibyśmy „skromniejsi”, jakoś tak „obtłuczeni”, „mizerniejsi”. I tak zostałem poetą z Puszczy Darżlubskiej, w Kraju Bëloków, którzy władają najpiękniejszą i najbardziej archaiczną odmianą języka kaszubskiego. Nic dziwnego, że w tutejszej Dąbrowie chciał dawno temu osiąść znakomity pisarz polsko-kaszubski, mój mistrz, Jan Drzeżdżon, z pochodzenia Bëlok. Niestety, nie zdążył. Jego „testament” w jakimś symbolicznym sensie próbuję wypełniać. Temu magicznemu miejscu poświęciłem mini-poemat „Dąbrowę”, wydaną w 1999 r.
Poza tym najchętniej piszę o tęsknocie, marzeniach i pragnieniach, więc o ludziach, głównie kobietach, bo to im zawdzięczamy wszystko! To chyba św. Tomasz z Akwinu powiedział, że ciało kobiety jest jeszcze jednym dowodem na istnienie Boga! Do Muz zatem zwracali się najwięksi, ich piękno malując i opisując. Cóż mi więc pozostaje? Jestem ich podnóżkiem, czy to się komuś podoba, czy nie.
– Z Pana twórczości można dowiedzieć się, że szczególną sympatią darzy Pan Kaszuby i dalekie Bieszczady. Dlaczego?
– Kaszuby i Bieszczady traktuję podobnie jak naród wybrany ziemię obiecaną. Kiedy przebywam w domu na skraju puszczy, tęsknię za Bieszczadami i odwrotnie. Tu i tam jest wszystko, czego człowiekowi potrzeba do osiągnięcia szczęścia. Tak powstały „Nostalgie bieszczadzkie”, które wraz z prof. Grzegorzem Piwnickim i śp. Henrykiem Józefczykiem wydaliśmy w roku 2010.
– Dr Małgorzata Klinkosz z Uniwersytetu Gdańskiego podkreślając walory Pana wierszy określiła je mianem klasyki, której brakuje we współczesnej poezji. Czy klasyczna forma utworów to zamierzony cel? Czy ta ocena Pana zaskoczyła?
– Klasykę uważam za coś trwałego i niezbywalnego w naszej kulturze. W antyku bierze początek twórczość Herberta i Miłosza – żeby wymienić dwóch współczesnych „Stolemów” poezji. Ale przecież echa mitologii świata można prześledzić w najwybitniejszych dziełach literackich. Tak więc antyk rodzący klasyków przetrwał po dziś dzień. A chwila, która wyróżnia poetę pośród innych, to tajemnica – jedna jedyna łaska dana artyście, kiedy w trakcie tworzenia dotyka symbolu, archetypu i właśnie antycznego mitu, a więc tego, co w poezji jest przedwieczne. A tym zawsze w literaturze jest język, bo on jako słowo był na początku wszystkiego.
Z dr Małgorzatą Klinkosz niejeden przednówek i upalne dąbrowiane lato poświęciliśmy omawianemu zagadnieniu, zgadzając się co do tego, że aby być współczesnym twórcą, nie musi się być antyklasycznym, tak jak np. współczesnymi klasykami na pewno byli Wojciech Kilar i Henryk Mikołaj Górecki – jeden jako autor „Krzesanego”, drugi jako twórca „Symfonii pieśni żałosnych”. Stąd też w mojej twórczości pojawia się często klasyczne metrum.
– Jest Pan laureatem wielu nagród w konkursach ogólnopolskich i regionalnych? Która nagroda jest dla Pana najcenniejsza?
– Najcenniejszą nagrodą w życiu poety jest akt tworzenia, który nie jest, niestety, chlebem powszednim. Pisanie zaś, jak mówi Adam Zagajewski „jest świętem w życiu artysty, jest niewysłowioną radością, świtem po długiej nocy milczenia”. W moim przypadku dwie nagrody literackie dodały mi skrzydeł: przyznane przez Zbigniewa Herberta wyróżnienie w konkursie poetyckim studentów polonistyki UG „Kandelabr” w roku 1974 (sic!) oraz „Gryf Literacki” za rok 2016, przyznany przez Prezydenta Miasta Wejherowa.
– Czy tego rodzaju laury przynoszą poecie szczególną satysfakcję?
– Poeta laureatus (przypomnijmy w tym miejscu powszechnie znany konterfekt Francesco Petrarki) czym byłby bez liści na głowie i… w głowie?! Myślę, że to nie przypadek, że liściom właśnie poświęciłem wiele moich wierszy. Byłbym hipokrytą, gdybym twierdził, że na nagrody nie czekam. Moje, nieliczne przecież, dodawały odwagi i po ludzku zupełnie – cieszyły!
– Po 40 latach pracy w wejherowskiej oświacie otrzymał Pan również „Medal Róży” od prezydenta Wejherowa …
– Panu Prezydentowi Miasta Wejherowa, Krzysztofowi Hildebrandtowi, zawdzięczam „opiekę” mecenasa; to dzięki niemu i jego ówczesnemu zastępcy, p. Bogdanowi Tokłowiczowi, światło druku ujrzał poemat kalwaryjski: „Kaplice świętych gór”, starannie wydany w gdańskiej Oficynie „Czëc” śp. red. Wojciecha Kiedrowskiego, z sugestywnymi grafikami śp. Henryka Stankiewicza. (Pierwsze wydanie ukazało się pod patronatem byłego prezydenta Wejherowa, p. Jerzego Budnika).
Nieodżałowanej pamięci Profesor Jerzy Treder napisał o tej książce znamienne słowa: „Kaplice świętych gór” rozsławiają miasto Wejherowo i Kaszuby w Polsce i świecie!” Przypomnieć warto w tym miejscu, że egzemplarz tego poematu znajduje się również w Bibliotece Watykańskiej. Swoją drogą żałować należy, że „Kaplice…” nie doczekały się „swojej” Drogi Krzyżowej na Kaszubskiej Jerozolimie. Pozostały jedynie dwie emisje krótkiego filmu zrealizowanego przez TVP Gdańsk i wyemitowanego w Wielki Piątek 1997 i 1998 r. z niezwykłymi recytacjami aktora wybrzeżowego, p. Zbigniewa Jankowskiego.
Zarówno „Medal Róży”, jak i „Gryf Literacki”, przyznane mi i wręczone przez prezydenta Krzysztofa Hildebrandta, traktuję jako najwyższe wyróżnienie mojej pracy pedagogicznej i artystycznej!
Korzystając z łam „Pulsu”, pragnę podziękować Staroście Wejherowskiemu, Pani doktor Gabrieli Lisius za wydanie mojej książki prozatorskiej: „Lato – jak złota rękawiczka”, która ukazała się w Wydawnictwie „Region” w roku 2015.
– Wracając do poezji, czy powstaje lub już powstał kolejny tomik Pańskich wierszy?
– Pisanie wierszy nigdy się nie kończy. Mam w gotowości nową książkę poetycką, znacznie różniącą się tematycznie od dotychczasowych, ale przed jej książkowym drukiem nie chciałbym ujawniać, czego dotyczy; uchylając jednak rąbka tajemnicy powiem, że wiersze w niej zawarte oscylują wokół eschatologii, transcendencji i metafizycznej ostateczności… Domyślam się, że wielu tematyka ta przerazi, ale cóż począć, skoro wyliczyła Pani mój staż na tym padole łez, a z nim przecież nieuniknione jest zstępowanie z obolem do Hadesu.
– Jak lubi Pan spędzać wolny czas?
– Według mnie nie istnieje pojęcie „wolnego czasu”, bo cóż miałoby ono oznaczać? Człowiek sam sobie jest winien, kiedy poszukuje go do tzw. „spędzenia”. Wolny czas jest zawsze albo nie ma go wcale. Całe życie starałem się go mieć w zanadrzu i przeznaczać na coś trwałego, niestety, z różnym skutkiem, ale wskazać na nieboskłonie podczas czarnej nocy Andromedę czy Kastora i Polluksa umiem.
– Dzieciństwo i wczesną młodość spędził Pan w Rumi. Czy dzisiaj czuje się Pan wejherowianinem?
– Rumia to absolutnie mityczny punkt na mapie mojego życia, ma się rozumieć, nie ta dzisiejsza, choć w wielu miejscach zachwyca. Lew Nikołajewicz Tołstoj pozostawił potomnym: „Jeśli opiszesz swoją wioskę, opiszesz cały świat”. A przecież urodziłem się w czasie, kiedy Rumia była wsią. Cieszę się z tego faktu i zawsze go podkreślam. Mój bardzo dowcipny przyjaciel dodaje, że ja ze wsi wyszedłem, ale wieś ze mnie nigdy! Günter Grass zaś podkreślał, że „Każda Wisła we wspomnieniach jest szersza od każdego Renu”.
W Rumi przeżyłem dzieciństwo i wczesną młodość – dość górną i durną. Uratowała mnie miłość od pierwszej klasy szkoły podstawowej. Miała hebanowe warkocze, o które ocierali się liczni moi konkurenci. Inna rumianka została moją żoną i choć ścięła swoje przecudne warkocze, jest Muzą po dziś dzień! I tak o miejscu mitycznym można bez końca. Rumia jest miejscem, gdzie nieustannie słyszę melodię: „Chwalcie łąki umajone”, wystrzeliwane z trąbek i kornetów na dachu salezjańskiej Kapliczki Wspomożycielki, pod muzycznym kierownictwem śp. ks. prof. Stanisława Ormińskiego. Kto tego nie słyszał w czasie PRL-u, ten nie jest w stanie pojąć transcendencji.
Wejherowianinem zostałem z przypadku: do grodu Jakuba Wejhera przyjechałem „za chlebem”. Tu się rozpoczął mój wiek męski. Próbowałem swych sił w charakterze nauczyciela ojczystego języka w różnych szkołach, aż skończyłem w Śmiechowie, w Zespole Szkół nr 2 (dziś podstawowa „piątka”), gdzie jako dyrektor pozostawiłem 30 lat życia. Tyle chyba wystarczy, aby stać się „prawdziwym” wejherowianinem. W tym pięknym mieście mam wszystko – przyjaciół, miejsca, do których trafia się nawet z zawiązanymi oczami, wspomnienia cudownych chwil i pięknych ludzi.
– Urodził się Pan w Rumi dokładnie 70 lat temu. W kwietniu br. obchodził pan okrągły jubileusz. Jak samopoczucie jubilata?
– Samopoczucie – doskonałe pod warunkiem, że już nikt więcej nie będzie mnie o to pytał. Życie upływa z prędkością światła i dlatego nie zdążyłem się zorientować, kiedy minęło. Jubileuszy w czasie zarazy nie pochwalam!
Rozmawiała Anna Kuczmarska

 

Wręczanie nagrody Gryfa Literackiego w Miejskiej Bibliotece Publicznej. Wejherowo 2017 r.
Wręczanie nagrody Gryfa Literackiego w Miejskiej Bibliotece Publicznej. Wejherowo 2017 r.

 

Adam Dąbrowa-Klein

Autoportret z lustrem

Osobne dzieciństwo mozolnej modlitwy za przodka,
który – dwudziestoletni – przeznaczony był oddać życie
za kaprala w Łuku Kurskim. Wokół mnie – jak meteory –
krążyły ciotki, którym się nie udało. Kochałem je
niewybaczalną miłością, dopóki przestałem kochać
kogokolwiek. Byłem za młody na pierwszą miłość.
do dziś po suficie moich snów błądzą zdradzające
i zdradzane. Zostałem wybrany – bez wdzięczności
i wzajemności. Opuszczony młodzieniec, oddałem
haracz ojczyźnie, która go nie potrzebowała. W wieku
22. lat przestraszyłem się bezimiennej samotności,
czego miałem gorzko żałować. Anielskie skrzydła gregoriany
ciągle błądzą beze mnie po niebie średniowiecznych
krużganków. Nie wiem, dlaczego pokładano we mnie
nadzieję. Błądziłem z zapamiętaniem, a strzepywany
kurz sandałów pozostał nieodstępnym towarzyszem
moich pozostałych dni. Śmiesznie nieśmiały – w domu,
w szkole (pokazywano moją wydętą brodę – głupi,
taką miał lord Byron), w wojsku i z kobietami, kiedy
było za późno. Muzyka (Bach, Chopin, Czajkowski,
Brahms, Mahler, Debussy) posyłała mnie w zaświaty,
jak kobiety, ale źle tańczyłem, co mnie zgubiło.
Religia pozostała jedynym moim opium, w czym
utwierdzili mnie filozofowie – galaktyczni szarlatani,
których nie zgłębiłem. Nie zdążyłem dociec, skąd zło
i dlaczego jemu się oddawałem. Nie miałem woli,
zagubiony w świecie jak Werter, poznawałem na chybił
trafił. Całe życie próbowałem rozwikłać zagadkę
Tertuliana z Kartaginy i Augustyna z Hippony. Bywałem
w obcych miastach, ale tam było inaczej. Chciałem żyć,
ale byłem gdzie indziej. Wszystkie inne zajęcia i czynności
były mi eufemistycznie obce i gdyby nie fakt, że w życiu
trzeba dawać sobie radę, dawno bym o nich zapomniał.
Nie mam nic do powiedzenia bliźnim, jak w ogóle nic
do nikogo nie mam. Przeglądam się w lustrze – bez rewelacji –
ni to pies, ni wydra. Odchodzę, bym czym prędzej zapomniał.
Ciągle jednak tkwią we mnie – jak oścień – tajemnica-szeptunka,
las nocnych drzew, mgły sierocych pól, liście błądzących chmur,
zjawy jesiennych ptaków.

Zostaw komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.