Niektórzy ludzie są jak witraże

Matematyczka i artystka z „Sobieskiego”

Ludzie są jak witraże. Kiedy świeci słońce, lśnią kolorami, ale kiedy nastaje ciemność, ich prawdziwe piękno jest widoczne, pod warunkiem, że są rozświetleni od środka.
Słowa Leisy Rayven zostały zamieszczone w albumie „Sopockie witraże” autorstwa Marii Różańskiej, który niedługo powinien się pojawić w księgarniach. Wprawdzie nie ludzie, ale same witraże są bohaterami jej zdjęć, ale by zobaczyć piękno szkła oprawionego w ołowiane ramki, trzeba mieć nie tylko wprawne oko matematyka, ale przede wszystkim piękną i wrażliwą duszę.

Autorka „Sopockich witraży” jest z wykształcenia matematykiem, a w głębi duszy – humanistą. Maria Różanska od wielu lat uczy matematyki w najstarszej Gamai, czyli I Liceum Ogólnokształcącym w Wejherowiem – popularnym „Sobieskim”. Choć matematyka jest królową nauk, nie wystarcza, aby się w pełni zrealizować. Trzeba mieć pasję.

Ciekawe zdjęcia z podróży

Dla Marii Różańskiej jest nią fotografowanie, którym zajmuje się od 2011 r. Najpierw robiła zdjęcia dla siebie, aby utrwalić jakiś fragment rzeczywistości, jakiś mniej lub bardziej istotny moment, mgnienie chwil, z których składa się nasze życie. Później zapisała się na zajęcia Studium Fotografii Artystycznej Stefana Figlarowicza.
Studiowanie arkanów sztuki fotografowania pod okiem mistrza pochłonęło ją do reszty i dało początek szeregu wycieczek w miejsca oryginalne, mało znane zwolennikom turystycznych kurortów. Efektem fascynacji podróżniczych był cykl zdjęć „Wulkany błotne”, później „Azerbejdżańska mozaika”. Wystawa z pobytu w Azerbejdżanie była prezentowana w warszawskim Muzeum Ziemi, w Elbląskiej Galerii Fotografii oraz w Wejherowskim Centrum Kultury.
Wspomnienia z Azerbejdżanu można było również oglądać podczas Nocy Muzeów w 2012 r. w Nadbałtyckim Centrum Kultury oraz na specjalnym pokazie w Muzeum Miasta Gdyni. Zdjęcia zostały wysoko ocenione nie tylko przez tłumnie odwiedzających wystawy, ale także przez mistrzów fotografii, którzy przyznali wyróżnienia i nagrody specjalne, m.in. w kat. Natura.

SOPOCKIE witraże

Wernisaż kolejnej wystawy miał miejsce 5 lutego br. w sopockim Dworku Sierakowskich. Tym razem obiektem czteroletnich peregrynacji po Sopocie były witraże. Aby je utrwalić, M. Różańska odwiedzała stare sopockie wille, zaglądała w podwórka, kościoły, zawitała do Zakładu Balneologicznego.
Kilkadziesiąt kilometrów, kilkadziesiąt godzin… czasami dla jednej chwili ujrzenia tęczy – owego odwiecznego znaku niebios – zaklętego w kolorowym szkle.
– Zwykle okno witrażowe ozdabiano kolorową bordiurą, ale bywały też i takie, podnoszące prestiż posesji, gdzie cała płaszczyzna okna była pięknie skomponowanym obrazem. Światło przechodzące przez takie okno w zależności od pory dnia czy też roku malowało na ścianach, podłodze, parapetach niezwykłe, barwne impresje – mówi M. Różańska. – Dla takich chwil warto było poświęcić dni wolne od pracy.
Ci, którzy oglądali witraże, ulegli urokowi zdjęć prezentowanych na wystawie. To nie były zwykłe ujęcia witraży, to była historia w nie wpisana. Za tymi kolorowymi szkłami toczyło się życie. Bystre oko oglądającego mogło dostrzec odkształcony fakturą szkła obraz drzewa, załomek domu, ogród, jakąś bliżej nieokreśloną i dzięki temu magiczną przestrzeń. Światło lamp wydobywało ze zdjęć to, co najciekawsze. Odnosiło się wrażenie, że właśnie znajdujemy się na jakiejś klatce schodowej, słyszymy głosy mieszkańców dawnego Sopotu, czujemy zapachy potraw.

Magia światła, magia zdjęć….

Dworek Sierakowskich stał się raczej bronowicką chatą rozśpiewaną, w której nie stroje były ukąpane tęczą, ale artystyczne zdjęcia M. Różańskiej.
A „chata” pękła w szwach. Na wystawie pojawili się przede wszystkim mieszkańcy Sopotu, których tak wspomina autorka:
– Początkowo nieufnie podchodzili do mnie, sądzili, że jestem domokrążcą, ale po poznaniu celu wizyty, chętnie zapraszali do swych mieszkań i opowiadali historię witraży zdobiących klatki schodowe.
Na wernisaż przybyli także członkowie Gdańskiego Towarzystwa Fotograficznego, przyjaciele, znajomi. W tłumie odwiedzających można było wypatrzeć prezydenta Sopotu – Jacka Karnowskiego. Zgromadzeni gości wysłuchali opowieści autorki o sekretach pracy nad tematem. Słuchając jej można było powtórzyć słowa „Ludzie są jak witraże.. bo są rozświetleni od środka”.
Miejmy nadzieję, że wejherowianie także będą mogli obejrzeć tę wystawę w naszym mieście. Być może M. Różańska doda do całego cyklu zdjęć fotografie witraży wejherowskich, jakie na pewno znajdzie w starych domach czy kościołach, wszak wędrówka w poszukiwaniu światła zaklętego w szkło jeszcze się nie skończyła…

EŁ-S.

Zostaw komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.