Z Syberii i Mandżurii przez Japonię sieroty przyjechały do Wejherowa
Z archiwum „Pulsu Wejherowa”: dzieci syberyjskie
Na Syberii, w Mandżurii i innych odległych oraz nieprzyjaznych miejscach na Dalekim Wschodzie na początku XX wieku panowała bieda, głód i cierpienie, związane z trwającą tam wojną domową. W takich warunkach, najczęściej w sierocińcach żyły polskie dzieci z rodzin zesłańców. Ponad 800 dziewcząt i chłopców uratowano, przywożąc je przez Japonię do Polski. Około 300 tzw. dzieci syberyjskich wczesną wiosną 1923 r. trafiło do Wejherowa, gdzie mieszkały przez kilka lat. O tym ciekawym wydarzeniu opowiedziała nam w 2013 roku śp. red. Regina Osowicka, która zajmowała się tym tematem i rozmawiała z dorosłymi już „dziećmi syberyjskimi”. Przypominamy tę historię, zamieszczając artykuł z archiwum „Pulsu”.

Sieroty z dalekiej Syberii i Mandżurii umieszczono w blokach Krajowych Pomorskich Zakładów Opieki Społecznej (obecnie placówki szkolno-wychowawcze przy ul. Sobieskiego), gdzie mieszkały przez pięć lat. Otoczono je troskliwą opieką, m.in. lekarską, a także dokarmiano, ponieważ dzieci były w większości wycieńczone, wychudzone, słabe. Wcześniej wiele wycierpiały.
Jedli nawet szczury…
W czasie rewolucji i wojny bolszewickiej wszyscy cierpieli straszną biedę i głód, a najczęstszymi ofiarami tragicznej sytuacji były dzieci, wśród nich dzieci polskie.
Były potomkami Polaków, zesłanych przez carat na Syberię i do Mandżurii albo powstańców listopadowych i styczniowych.
U progu lat dwudziestych na Wschodzie nawet szczury stawały się pożywieniem. Matki smażyły je dzieciom, żeby przeżyły straszny czas. Czasem kilkulatkom lub nastolatkom udało się coś ukraść ze straganu i dzięki temu zjeść choćby owoc. W sierocińcach było również bardzo źle. Wszędzie panowała straszna bieda.
Komitet Ratunkowy
Na szczęście znaleźli się ludzie, którzy postanowili ratować dzieci przed chorobami i śmiercią.
Polonia we Władywostoku starała się o wywiezienie dzieci polskich z Dalekiego Wschodu. Podjął się tego Polski Komitet Ratunkowy Dzieci Dalekiego Wschodu, a kierownikiem akcji ratunkowej był doktor Józef Jakóbkiewicz (urodzony w 1892 r.), syn uczestnika Powstania Styczniowego. Jego rodziców zesłano w góry Kaukazu, a Józef studiował medycynę w Moskwie. W czasie I wojny światowej w 1919 r. został naczelnym lekarzem sanitarnym we Władywostoku, a później naczelnikiem Okręgu Harcerskiego Dalekiego Wschodu.
Druga bardzo zasłużoną osobą i jedną z inicjatorek Polskiego Komitetu Ratunkowego była Anna Bielkiewicz, nauczycielka, która razem z J. Jakóbkiewiczem jeździła po sierocińcach, wyciągając stamtąd polskie dzieci. W punktach zbornych we Władywostoku, m.in. w szkołach i w monasterze, zgromadzono ich niemal tysiąc.
Rozpacz i nadzieja
Niektóre dzieci miały rodziców, na ogół matki, które zdecydowały się wysłać je za pośrednictwem komitetu do Polski, byle tylko uratować od głodu i zagrożenia wojną. Tym większa była rozpacz i płacz z powodu rozstania rodzin i opiekunów z dziećmi, kiedy te wsiadały na statki we Władywostoku.
Matki, babcie, ciocie nie wiedziały, czy kiedykolwiek zobaczą dzieci, bo szanse na to były niewielkie. W większości widzieli się wtedy po raz ostatni…
Pomocna Japonia
Jednak zanim udało się wywieźć dzieci, Polski Komitet Ratunkowy apelował o pomoc do rządów wielu państw na całym świecie. Odpowiedziały Stany Zjednoczone i Japonia, do której było bliżej.
Anna Bielkiewicz dotarła do Japonii i podobno na kolanach błagała tamtejszego ministra wojny o pomoc. Obiecał przysłać statki po dzieci i dotrzymał słowa, co pozytywnie zaskoczyło organizatorów akcji.
Przy pomocy japońskiego Czerwonego Krzyża udało się wywieźć z Władywostoku 877 chłopców i dziewcząt w wieku od 1 roku do 13 lat. Przewieziono je do Tokio i Osaki, skąd po zakończeniu wojny polsko-bolszewickiej mogły przyjechać do Polski.
Wizyta u cesarzowej
W Japonii, gdzie dzieci przechodziły kwarantannę, cieszyły się dużym zainteresowaniem. Pisały o nich gazety, a grupa maluchów została nawet przyjęta przez cesarzową i obdarowana podarkami. Każde dziecko dostało kimono i konika polnego w klatce.
Dopiero po 1920 roku, kiedy w Polsce skończyła się wojna, mogły wyruszyć w drogę do nieznanej ojczyzny swoich przodków. Dzieci najpierw przypłynęły statkiem do Gdańska, w stamtąd prosto do Wejherowa.
Dom w Wejherowie
Jesienią 1922 r. doktor Józef Jakóbkiewicz przyjechał do Polski na stałe i zajął się urządzaniem Zakładu Wychowawczego Dzieci Syberyjskich w Wejherowie. Zorganizował dla nich internat, szkołę powszechną, przedszkole (freblówkę), pokoje nauki, bibliotekę, świetlicę, gabinet lekarski ze szpitalikiem, stołówkę z zapleczem kuchennym.
Znalazło tu swój dom i troskliwą opiekę ponad 300 syberyjskich dzieci. Okresy głodu na Syberii tak wryły się dzieciom w pamięć, że podczas posiłków część jedzenia zakopywały w ziemi, na dziedzińcu lub w parku, robiąc żelazne zapasy.
W wejherowskich
szkołach
Starsi wychowankowie kształcili się w wejherowskich szkołach. Kilkoro dzieci chodziło do gimnazjum, wśród nich późniejsi lekarze w Kartuzach, bracia Wacław i Wincenty Danilewiczowie.
Kilkoro dzieci chodziło do ćwiczeniówki i Seminarium Nauczycielskiego, inni do szkoły handlowej i rolniczej.
Część młodzieży syberyjskiej uczyła się rzemiosła w warsztatach Zakładu Wychowawczego i u rzemieślników prywatnych. Stefan Jakliński terminował w warsztacie szewskim mistrza Bistrama, a później przez wiele lat śpiewał w chórze „Harmonia”.
Około 100 wychowanków opuściło Zakład, po odnalezieniu w Polsce krewnych lub wyuczeniu się zawodu.
Stosunek mieszkańców Wejherowa do przybyszów z dalekiego Władywostoku był różny. Niektórzy starali się im pomagać i wspierać. Bywało że rodzice dawali dzieciom podwójne śniadania do szkoły, żeby podzielili się z koleżankami i kolegami z zakładu. Niestety, byli i tacy wejherowianie, którzy odnosili się do dzieci wrogo lub nieufnie, mówiąc o nich: „te ruski”.
Wizyta prezydenta
i prymasa Polski
W 1923 roku do zakładu w Wejherowie przyjechał prezydent RP Stanisław Wojciechowski i prymas Polski, kardynał Edmund Dalbor, aby odwiedzić dzieci syberyjskie.
W marcu 1923 r. Jakóbkiewicz utworzył na terenie Zakładu koedukacyjny samodzielny Hufiec Syberyjski ZHP im. Tadeusza Kościuszki i został jego komendantem.
Jego zasługą jest także wybudowanie i wyposażenie harcerskiej przystani żeglarskiej na Helu, gdzie corocznie odbywały się obozy harcerskie, także z udziałem dzieci syberyjskich. Wodniacy dysponowali kilkoma łodziami żeglarskimi i wiosłowymi oraz jachtem.
Zakład Wychowawczy Dzieci Syberyjskich istniał w Wejherowie do 1928 r.
AK.