Bohater przywrócony pamięci

Kmdr Zbigniew Przybyszewski - obrońca Helu zamordowany w więzieniu w 1952 roku

Zapisane drobnym pismem listy z oflagu i z komunistycznego więzienia są w tym domu prawdziwym skarbem. Wiążą się nie tylko z historią rodziny, ale też z historią Polski. Napisał je Zbigniew Przybyszewski, dowódca tzw. baterii cyplowej w Helu, która w 1939 roku skutecznie odpierała niemieckie ataki. Patriota, którego spotkał tragiczny los tzw. żołnierza wyklętego, był dziadkiem Anny Bogusławskiej-Narloch, mieszkającej w Strzebielinie w powiecie wejherowskim. Pani Anna i jej rodzina z dumą przechowują pamiątki po dziadku, jednym z kilku komandorów niesłusznie oskarżonych i zgładzonych przez komunistycznych oprawców.

We wrześniu 1939 roku kapitan Zbigniew Przybyszewski dowodził 31 Baterią im. kmdra ppor. Heliodora Laskowskiego, złożoną z czterech dział typu Bofors, rozmieszczonych na helskim cyplu. Bateria, jej dowódca i załoga odegrali najważniejszą rolę w 32-dniowej obronie Helu, który poddał się 2 października 1939 r.
Postać komandora przypomina Muzeum Obrony Wybrzeża w Helu, noszące jego imię. Dzięki tej placówce coraz więcej turystów i mieszkańców poznaje ciekawą historię, związaną z obroną Helu, a także nazwiska wybitnych dowódców.

PRZEŻYŁ 45 LAT
Lubiany i szanowany przez kolegów oraz podległych żołnierzy, ceniony przez przełożonych, odważny i opanowany, służący pomocą innym – tak wspominają Przybyszewskiego wszyscy, którzy się z nim zetknęli. Pisze o tym w książce „Bohater obrony Helu” Krzysztof Zajączkowski.
Autor podkreśla m.in. że Przybyszewski był „przedstawicielem pokolenia, które wyrosło w II Rzeczypospolitej, zbudowało niepodległą Polskę, a potem ofiarnie jej broniło wobec agresji sąsiadów. Wielu zapłaciło za to życiem w powojennej Polsce, tak jak Przybyszewski, który przeżył zaledwie 45 lat”.
Zbigniew Przybyszewski, urodził się i wychował się na Kujawach, w okolicy Kruszwicy. W 1930 ukończył Szkołę Podchorążych Marynarki Wojennej w Toruniu. Był m.in. zastępcą dowódcy na torpedowcach ORP „Krakowiak” oraz ORP „Mazur”, I oficerem artylerii na niszczycielach ORP „Burza” i „Błyskawica”. W marcu 1938 roku awansował na stopień kapitana Marynarki Wojennej, a w październiku został dowódcą baterii w Helu.

SZCZĘŚLIWE LATO…
Razem z żoną Heleną i dwuletnią córką Danusią przeniósł się wówczas z Gdyni na Półwysep. W willi „Promiennej”, otoczonej sosnowym lasem, małżonkowie spędzili ostatnie przez wojną Bożego Narodzenie.
Napisała o tym w pamiętniku Helena Przybyszewska, a jej wnuczka – Anna Bogusławska-Narloch oraz jej córka Beata przechowują babciny pamiętnik, oprawiony w czerwoną, zdobioną okładkę. Na zapisanych „maczkiem” stronach znajdujemy relacje z życia szczęśliwych młodych małżonków i ich córeczki.
W jednym z ostatnich zapisów Helena Przybyszewska odnotowała:
„Szczęśliwe lato 1939 roku na Helu! Wymarzona pogoda, gorący piasek i ciepłe, rozsłonecznione morze. Plaża tuż przed domem…”

…I WOJNA
Jednak latem 1939 roku robiło się bardzo niebezpiecznie. Na Półwyspie Helskim przybywało fortyfikacji i żołnierzy. Wybuch wojny oznaczał dla nich początek trudnej bitwy, w której dowodzone przez Przybyszewskiego działa osłaniały walczącą Gdynię i prowadziły skuteczny ostrzał niemieckich pancerników „Schleswig-Holstein” i „Schlesien”. Podczas walk 25 września 1939 roku Przybyszewski został ranny, ale pozostał na stanowisku do końca. Dowódca i jego żołnierze z rozczarowaniem przyjęli decyzję o kapitulacji.

NICZEGO MI NIE BRAKUJE
Wojnę Zbigniew Przybyszewski spędził w oflagach, działając w konspiracji i trzykrotnie próbując ucieczki. Dzielnie znosił trudne warunki, czasem głód, a także dokuczającą mu chorobę. W listach do żony prosił, żeby nie przysyłała mu paczek, bo niczego mu nie brakuje.
Podobnie było kilka lat później, kiedy siedział w więzieniu na Mokotowie. Wówczas także zapewniał ukochaną Helenę, że ma dobre wyżywienie, co oczywiście mijało się z prawdą.
Ponad 100 listów z oflagu i ten jeden jedyny z dwuletniego pobytu w więzieniu na Rakowieckiej w Warszawie (napisany 21 maja 1952, jedyny na jaki pozwolono) to cenne pamiątki po dziadku. To również dowód na to, jak szlachetnym, odważnym i dobrym człowiekiem był Zbigniew Przybyszewski.
– On zawsze myślał o innych, a nigdy o sobie – mówi pani Anna. – Nie skarżył się, nie narzekał. Z listów wynika, że bardzo martwił się o bliskich, zwłaszcza o żonę, wychowującą córkę, podczas gdy on był z dala od domu. Mimo wykształcenia, umiejętności i zasług, był człowiekiem skromnym, nie lubił być w centrum zainteresowania.

CORAZ GORZEJ
Po wojnie bohater kampanii wrześniowej wrócił do domu w Gdyni i do Marynarki Wojennej. Piastował w wojsku ważne funkcje, tworzył system artyleryjskiej obrony Wybrzeża, szczególną wagę przywiązując do budowy baterii w Gdyni Redłowie.
Mimo, że Z. Przybyszewski awansował na stopień komandora porucznika, czuł się w wojsku coraz gorzej. Odmawiał zapisania się do partii, nie mógł pogodzić się z rusyfikacją Marynarki Wojennej.
Aresztowany we wrześniu 1950 roku kmdr por. Zbigniew Przybyszewski został oskarżony o zdradę, dywersję, udział w spisku. Przybyszewski trafił do więzienia pierwszy, ale w następnych miesiącach aresztowano kolejnych oficerów.

SĄDOWA ZBRODNIA
Brutalne przesłuchania, trwały ponad dwa lata. W haniebnym procesie siedmiu komandorów, zapadło pięć wyroków śmierci, z których trzy wykonano. Komandor Przybyszewski jako jedyny w tym procesie nie poprosił o ułaskawienie. Zrobiła to natomiast jego żona, wysyłając do Bieruta własne pismo oraz list od córki. Na próżno…
16 grudnia 1952 roku w więzieniu na Mokotowie strzałem w tył głowy zabito komandora Stanisława Mieszkowskiego oraz komandora porucznika Zbigniewa Przybyszewskiego. Cztery dni wcześniej w taki sam sposób zginął komandor Jerzy Staniewicz.

TUŁACZKA I ŻAL
Zrozpaczona Helena Przybyszewska musiała opuścić Gdynię i Wybrzeże.
– Babcia i mama znalazły się w bardzo trudnej sytuacji, wyrzucone z domu, bez środków do życia – opowiada pani Anna, córka Danuty Przybyszewskiej. – Zamieszkały w Toruniu, gdzie się urodziłam. Pomagał im mieszkający po wojnie w Londynie Jan Busiakiewicz, przyjaciel dziadka jeszcze ze szkoły, ojciec chrzestny mojej mamy.
Helena Przybyszewska mieszkała również w Poznaniu i Białymstoku. W 1957 roku wróciła do Gdyni, a w latach siedemdziesiątych zamieszkała w Gdańsku Wrzeszczu, gdzie pracowała jako aktorka w Teatrze „Miniatura”. Wcześniej, w czasie wojny Helena była łączniczką AK.
Mimo rehabilitacji i uniewinnienia jej męża w 1956 roku, nigdy nie dowiedziała się, gdzie został pochowany. Zresztą trudno w ogóle mówić o pochówku. Ciała ludzi zabijanych w stalinowskich więzieniach były zakopywane w masowych grobach.
– To bardzo bolesne, podobnie jak świadomość fizycznego i psychicznego cierpienia, którego doświadczył mój dziadek – mówi wnuczka komandora. – Do dzisiaj trudno mi czytać materiały na ten temat, bo to zawsze wywołuje płacz i przygnębienie.
Helena Przybyszewska zmarła w sędziwym wieku w Rumi, gdzie przebywała u wnuczki Anny i jej rodziny (rodzina mieszkała tam przed przeprowadzką do Strzebielina).
– Moja mama Danuta mieszka od wielu lat w Szwecji i niechętnie wraca do bolesnych wspomnień – wyjaśnia Anna Narloch, która razem z córką Beatą, mężami obu pań oraz wnukami: Maciejem i Michałem pielęgnują pamięć o niewinnie straconym dziadku. W 2015 r. Zbigniew Przybyszeski został pośmiertnie awansowany na stopień komandora.
Rodzina z wielkim wzruszeniem uczestniczyła w uroczystym pogrzebie trzech komandorów (z udziałem Prezydenta RP), którzy wreszcie doczekali się godnego pochówku i grobu na Cmentarzu Marynarki Wojennej w Gdyni. W tym roku ma tam spocząć dowódca floty z 1939 roku – admirał Józef Unrug.

AK.

 

Z archiwum „Pulsu”

Ten artykuł w szerszej wersji (obecny tekst został skrócony oraz uzupełniony o aktualne informacje) zamieściliśmy w „Pulsie Wejherowa” pięć lat temu: 28 marca 2013 roku. Rok później w lutym 2014 roku na tzw. Łączce na warszawskich Powązkach odnaleziono szczątki komandora Z. Przybyszewskiego oraz komandora Stanisława Mieszkowskiego.
Obu oficerów, a także kmdra Jerzego Staniewicza, uroczyście pochowano w grudniu ub. roku na cmentarzu wojskowym na Oksywiu (pisaliśmy o tym w „Pulsie” 21.12.2017 r.).

Zostaw komentarz

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.